Święta


Corocznie przed świętami dopada nas gorączka przygotowań. Okna umyte, kanapy wyprane, podłogi wyszorowane. Trzeba jeszcze zajrzeć do szaf, szuflad, wygarnąć co zbędne. Śmietniki zapełniają się w tempie lawiny. Z kontenerów wysypują się ubrania, stare buty i przedziwne przedmioty, których może kiedyś potrzebowali wyrzucający, a teraz stały się zbędne. Sklepy oblegane. Spożywcze – jemy dużo, sądząc po koszykach. Odzieżowe – wyglądać musimy dobrze. Ze sprzętem AGD – bo nowa lodówka lepiej zamrozi tę kupę żarcia jak dla wojska. Telewizory też schodzą – bo rodzina zasiądzie przy pełnym stole, a telewizor ratuje przed niezręczną ciszą, kiedy oplotkuje się już wszystkich znajomych. Kosmetyki – koniecznie, dezodorant 48h, tak jakbyśmy się myli co dwa dni, świąteczne sety kremów, balsamów, żeli pod prysznic. Zapasy na pół roku. Trzy tygodnie walki jak o ogień, czyszczenia magazynów sklepowych z rzeczy, bez których spokojnie możemy się obejść, żeby przetrwać dwa dni i kolejny rok. Co by było w przypadku wielkiej katastrofy nawet nie chcę myśleć. No i najczęstsze życzenia…. zdrowia (oklepany banał), radości (bezskuteczne, ciągle jesteśmy ponurzy), pieniędzy ( zawsze mało), a już najczęstsze „rodzinnych świąt”. Kiedy pada na zgraną rodzinę pół biedy, ale w większości przypadków to bardzo ryzykowne życzenie. Różnorodność poglądów na politykę ( gdzie Polaków trzech tam pięć partii), zdrowie ( co drugi Polak to lekarz), wychowanie lub bardziej niewychowanie dzieci ( każdy jest super nianią i wie lepiej, że kary fizyczne nikomu jeszcze nie zaszkodziły), może być mieszanką wybuchową. Co gorsza nie są to dyskusje na argumenty, wiedzę, ale na siłę głosu, pięść na stole, że o mocniejszych akcentach typu wyzwiska, obraza, trzaskanie drzwiami nie wspomnę. Wypominanie kto ma lepiej, kto gorzej, kto się ustawił w życiu, a komu nie wyszło, kto by ten świat lepiej urządził, bo po prostu wie, jak powinno się rządzić, kto głupi, kto ma trudny charakter, z kim się nie da żyć, to chyba nie temat na święta, a na terapię u specjalisty. Potem poalkoholowy kac gigant, recepta z SOR na leki odtruwające czy wspomagające trawienie. Ale jak tu przetrawić zalegającą latami złość, zawiść, chore emocje, porażkę intelektualną? Czy naprawdę musimy zasiadać do wspólnego stołu z kimś, kogo nie lubimy, z kim nie czujemy się dobrze? Czy nie można zawęzić przygotowań do niezbędnego minimum, żeby wszyscy zasiedli do stołu mniej zmęczeni, niesfrustrowani, nierozczarowani życiem? Czy święta muszą prowadzić do wyczerpania emocjonalnego, fizycznego, że o duchowym nie wspomnę? A może niech każdy robi w święta to, co lubi. Dajmy sobie oddech. Odpoczynek od siebie, jeżeli trzeba. Nie tłumaczmy się tradycją, zwyczajem, kiedy nas to męczy i zmusza do robienia rzeczy, na które nie mamy ochoty. Spróbujmy te jedne święta przeżyć po swojemu, znajdźmy czas na refleksję, dobrą lekturę, wartościowy film. Wyśpijmy się za cały rok, zróbmy dzień piżamowy, dzień leniucha i uśmiechajmy się do siebie koniecznie. To tylko dwa dni. Potem będzie znowu normalnie.

Miriam

Miriam

Człowiek. Kobieta. Humanistka. Feministka. Czytelniku, nie wierz we wszystko, co tutaj przeczytasz. ;)

Leave a Comment